Stało się aż nadto jasne, że znaczna grupa widzów ogląda telewizję narracyjną w ten sam sposób i z wielu tych samych powodów, co inni ludzie oglądają sport. Uświęcona tradycją tradycja wrzucania fandomu do rywalizujących frakcji – od Beatlemanów skupionych wokół zauroczenia Johnem lub Paulem po zaciekłą wojnę pomiędzy Zespołami Edwarda i Jacoba – teraz macha psem, ponieważ rozrywka scenariuszowa uwzględnia i antycypuje trudne pobudziła ludzką patologię do rywalizacji i triumfu. Gra o tron eksplodował tak potwornie, po części ze względu na to, jak podsycił to zachowanie, zaczynając od sloganu „wygraj lub zgiń”, który redukował ogromną sagę do jednego pytania omawianego w cotygodniowych „rankingach władzy”, mniej przejętych krytyką i analizą niż to, kto ulubieniec to zrobił to, co najlepsze. HBO najwyraźniej to zauważyło, gdyż w kolejnych latach ich programy faworyzowały scrumów zajmujących miejsca u szczytu stołu w dużych, bogatych i skłóconych rodzinach; pod tym względem, Dziedziczenie to prawdopodobnie najlepszy produkt algorytmicznej łaski, jaki kiedykolwiek widzieliśmy.
Choć jest to smażona na wsi przesyłka dziwacznego chałupnictwa, który kwitnie na przedmieściach południa, Sprawiedliwe kamienie szlachetne ma nieco więcej wspólnego z Ren Faire, najnowsza zacięta walka HBO o wypełnienie próżni po autorytetach. Tak się składa, że jest to także film dokumentalny, nakręcony podczas ogromnego, niezwykle dochodowego Texas Renaissance Festival, podczas gdy założyciel i dyrektor generalny George Coulam przygotowuje się do przekazania sterów godnemu spadkobiercy. Wyglądając jak współczesny John Ford z wędrującymi oczami i koszulą przyozdobioną wojskowymi medalami, osiemdziesięcioletni „Król Jerzy” chciałby się ustatkować i na nowo poświęcić się zdobyciu żony (oczywiście z naturalnymi piersiami – implanty zrywają umowę) dla niego), ale komu przekaże swoją koronę?
W tym miejscu wieloletni dyrektor generalny Jeff Baldwin (na zdjęciu poniżej) może poszczycić się praktycznym doświadczeniem i niezachwianą miłością do przedsiębiorstwa, brakuje mu jednak instynktu zabójcy wymaganego do kierowania dużym biznesem. W tym kącie przeżuwający Red Bulla magnat/sprzedawca kukurydzy w czajniku, Louie Migliaccio, planuje wyciskać zyski z dziwacznych miksologów i artystów burleski, ryzykując zepsucie miejsca uznawanego za święte zarówno przez gości, jak i pracowników. I nie liczmy z czarnym koniem Darli Smith, jej ciche kompetencje stanowią poważne zagrożenie dla wielkich projektów któregokolwiek z mężczyzn. Walka trwa!

Ciągłe manewry wręcz zapewniają niesamowicie wciągającą zabawę, pełną podwójnych skrzyżowań, nagłych zwrotów losu i ciemnych nocy duszy. Reżyser Lance Oppenheim kontynuuje kampanię mającą na celu poszerzenie palety estetycznej formy dokumentalnej, po raz ostatni rozwiniętą wiosną br Świat spermyteraz stylizuje swoje nagrania za pomocą wyrazistych soczewek, nasyconej gradacji kolorów i błyszczących efektów świetlnych, a wszystko to przywołuje na myśl bujność Excalibur. Bardziej rzucające się w oczy przejawy swobody twórczej — figurki aniołów szepczące George’owi do ucha, by je sprzedać, krzywo-smocza postać, która zdaje się upamiętniać ważne momenty, jak Uatu Obserwator — wzmacniają surowy materiał rzeczywistości i przekazują wiarę Oppenheima w kino literatury faktu jako równomierna synteza obserwacji i artyzmu. Pochwalanie dokumentu za naśladowanie prawdziwego filmu może brzmieć jak podstępna pochwała, ale prace takie jak ta zwiastują lepszą przyszłość, w której to bezproduktywne rozróżnienie zostało całkowicie zniszczone.
Jak z Świat spermyTechnika Oppenheima opiera się na jego umiejętności lokalizowania i zdobywania zaufania kolorowych dziwaków, a ich dziwactwa są traktowane uczciwie (zaciemnienie wrodzonej tu komedii wymagałoby dużo pracy) łagodzonej współczuciem. Na przykład George jest szalony i to nawet nie w tym sensie, że posiadanie nieprzyzwoitej sumy pieniędzy bez gustu sprawia, że każdy wygląda na szaleńca. Poza pałacową posiadłością wypełnioną ostentacyjnymi pokazami rzucającej się w oczy konsumpcji – odcieniami Trumpa, więcej o tym za chwilę – jest narcyzem z obsesją na punkcie seksu, mającym taki sam szacunek do kobiet, jaki darzą wszystkie inne osoby na jego liście płac, widocznie wypaczony przez samego siebie – zakręciła się bańka bogactwa. Kiedy siedzi w swoim ulubionym Olive Garden i czeka na kolejną randkę, która wkrótce ma zostać odesłana za niespełnienie jego skrajnej i szowinistycznej listy wymagań cielesnych, widzowi przychodzi do głowy, że musi być całkiem samotny. Podobnie pochlebstwo Jeffa jako niewolnika wynika z głęboko zakorzenionego zaangażowania w jego karierę i rzemiosło, podczas gdy zmotoryzowana pobieżność Louiego skrywa szczerą, pełną współczucia chęć wykazania się przed rozczarowaną rodziną.
Tego rodzaju precyzyjne portrety wyspiarskich subkultur i zamieszkujących je niezwykłych osobowości były mocną stroną Oppenheima od chwili, gdy pracował, ale Ren Faire widzi, jak poszerza zakres swoich ambicji. Żarliwa walka o kontrolę przeradza się w wspanialsze stwierdzenie na temat typowo amerykańskiego uzależnienia od pracy – choroby, która zaciera granicę między celami w zakresie wydajności a osobistym spełnieniem. W początkowym montażu słyszymy pełne uwielbienia głosy wielu robotników, którzy czczą George’a jako bóstwo okrakiem na planie śmiertelników, a nie tylko człowieka podpisującego czeki lub burmistrza założonego przez siebie miasta Todd Mission, ale prawdziwego żywego boga. (Rozdzielenie tego kultu jednostki aż do społeczności z prefabrykatów, stanowiącej projekt mieszkaniowy dla firmy zatrudniającej obywateli, prawdopodobnie najbardziej zbliży się do naprawdę krytycznego spojrzenia z wewnątrz na Disney World i miasto Celebration na Florydzie, które obsługuje go, z królem Jerzym jako swobodnym identyfikatorem wujka Walta.)
Reżyser Lance Oppenheim kontynuuje kampanię na rzecz poszerzania palety estetycznej formy dokumentalnej, stylizując teraz swoje nagrania za pomocą wyrazistych soczewek, nasyconej gradacji kolorów i lśniących efektów świetlnych, a wszystko to przywodzi na myśl bujność filmu Excalibur.
Każdy, kto miał za sobą gówniany występ, rozpozna, być może z napiętymi mięśniami, połączenie przez George’a drobiazgowego niedopatrzenia i rażącego lekceważenia szczegółów. Zakrzywienie czasu stawia współczesnego menedżera w roli drobnego tyrana wydającego z góry edykty z prostym żądaniem ich spełnienia, bez względu na względy praktyczne; postawa „Zrób tak!” łączy chichoczących monarchów z przeszłości z prostackimi, pozbawionymi wizji dyrektorami dzisiejszych czasów, pełnymi pogardy dla swoich podwładnych. Jeff musi nieustannie negocjować sam ze sobą, ile jest w stanie poświęcić dla szefa, który tak mało o nim myśli, i zawsze kończy się to racjonalizowaniem własnej chęci podporządkowania się, ku wielkiemu rozczarowaniu swojej znienawidzonej żony. Nauczy się na własnej skórze, że niezależnie od tego, jak bardzo kochasz swoją pracę, nigdy ona cię nie odwzajemni, podczas gdy – uwaga spoiler – George zmienia tonację i postanawia ją zachować.
Ostatni odcinek Ren Faire rozwija się z poczuciem tragedii, która jest głęboko satysfakcjonująca pomimo podważenia głównej koncepcji serialu, odpowiadając na palącą zagadkę tego, kto wyjdzie zwycięsko, głośnym „Nikt!” George staje się coraz bardziej poirytowany, gdy zbliża się do emerytury, o której kiedyś twierdził, że uczyni go wolnym człowiekiem. Ta początkowa linia narracji została odwrócona, aby wyrazić jego niepewność, że bez codziennych zapisów spotkań i decyzji nie ma nic. Jego niechęć do ustąpienia ze stanowiska wynikająca z niezbadanego strachu przed starzeniem się otwiera podtekst serialu, który podstępnie odnosi się do szerszej pokoleniowej epidemii przywiązania. W miarę jak zbliżamy się do wyborów pomiędzy najstarszym w historii Prezydentem a drugim najstarszym Prezydentem, podczas gdy sędziowie Sądu Najwyższego odmawiają rezygnacji ze stanowiska w dogodnych politycznie momentach wyłącznie z powodu utrzymania swoich tytułów, podczas gdy rynek pracy ogranicza się do nędznego szczelność, w miarę jak środowisko ulega dalszej erozji na skutek działań ludzi, którzy nie będą musieli się martwić o życie w nim, nieostrożny George zmienia się w maskotkę wszechobecnej gerontokracji rozciągającej się daleko poza jego lennem.
Oater Gonzo Dzika Banda zaczyna się od skorpiona doganianego przez mrówki, wijącego się symbolu rozpadu Zachodu w miarę zbliżania się osadników; strzał pod koniec Ren Faire uderza w podobnie elegijną nutę, gdy na nagrobku roi się od robaków, jakby w przepowiedni, że George przypieczętował skazany na zagładę los tego, co jest mu najdroższe. Jego patologiczna potrzeba sprawowania władzy skieruje jego wspaniałe przedsięwzięcie w ślepy zaułek, w tę samą niepewną przyszłość, przed którą stoi zbyt wiele sektorów amerykańskiego życia. W tej grze każdy wychodzi jako przegrany.
Charles Bramesco (@intothecrevasse) jest krytykiem filmowym i telewizyjnym mieszkającym na Brooklynie. Oprócz „Jugo Mobile” jego prace ukazywały się także w „New York Times”, „The Guardian”, „Rolling Stone”, „Vanity Fair”, „Newsweek”, „Nylon”, „Vulture”, „The AV Club”, „Vox” i wielu innych renomowanych publikacjach. Jego ulubionym filmem jest Boogie Nights.